czwartek, 16 sierpnia 2018

     Po szaleństwie związanym z babcinymi urodzinami, weekendowymi odwiedzinami rodziny (z innej, dla równowagi zdrowej gałęzi) i kilku zarwanych nocach spędzonych na długich rozmowach,  piciu zimnego piwa i orzeźwiającego gruszkowego cydru, nastąpił niełatwy powrót do rzeczywistości -  w tym do roboty. 
    Praca w Mordorze oczywiście jak każda inna rządzi się swoimi specyficznymi prawami: przede wszystkim na wszystko obowiązują terminy, których należy się trzymać. Po drugie ma się do czynienia z ludźmi, którzy najczęściej mają nas – załogę - głęboko w tylnej części ciała. Nawiasem mówiąc my ich po pewnym czasie też (co z reguły mamy ochotę powiedzieć głośno i wyraźnie), ale mimo wszystko pozostajemy uśmiechnięci, grzeczni i uprzejmi, modląc się w duchu o cierpliwość do wszelkiej maści popisów głupoty i ułańskiej fantazji. Po trzecie pracuje się z Krzysztofem i Dżoaną, a to już temat rzeka... Tak czy siak nie powiem, plan miałam ambitny: posiedzę na tyłku ze dwa dni i zrobię całą zaległą papierkologię, a później ruszę z kopyta i dokonam kilku cudów... W poniedziałek rano powoli i bez gracji zaczęłam wprowadzać plan w życie. Zaparzyłam kawę w wielkim kubku w czarne serduszka myśląc, że w końcu zakupy w Dom&Ty sprawiły mi przyjemność i rozłożyłam cały swój majdan. Kawa, a raczej asfalt w płynie skażony mlekiem wydojonym z kokosa, miała za zadanie mnie utrzymać w stanie używalności przynajmniej do piętnastej. Kolejne dni wyglądały identycznie do tego stopnia, że miałam wrażenie, że wpadłam na przebieżkę w chomiczy kołowrotek. Rano zmartwychwstanie, potem kawa i masowa produkcja dokumentów. Powrót do domu, ewentualnie jakieś jedzenie i koniecznie bliskie spotkanie z kanapą. Prysznic, łóżko i tyle. Niestety - nawet rozmowy z Marcinem na chwilę uległy ograniczeniu, bo zwyczajnie nie miałam na nie siły. Z drugiej strony gdyby się dało, chętnie zaprosiłabym go na tę moją kanapę - tak po prostu, żeby pobyć blisko i na niego popatrzeć, bo naprawdę to lubię. 
     W piątek po tygodniu porządnej orki okazało się, że mimo pierwotnych założeń nie miałam żadnego cudu na koncie ale wypuściłam z pół ryzy różnej maści decyzji, zaświadczeń i innych takich. Co prawda bez plakietki „pracownik tygodnia”, w końcu zamknęłam za sobą drzwi i nastawiłam się na kolejny wyjazdowy weekend.

środa, 15 sierpnia 2018


     - Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. - I jeszcze najlepiej stanąć z boku, tak, żeby w razie czego można było się samemu odciąć - dorzuciła Monika, kiedy zaczynałyśmy kolejny gorący dzień w Mordorze. Do tej pory nie znałam tego rozwinięcia myśli ale jakby się zastanowić, pasowało jak ulał. 
     Od kilku dni miałam na tapecie temat urodzin babci. Dla wyjaśnienia babcia na stałe mieszka za oceanem i po osiemnastu latach postanowiła na miesiąc przylecieć do kraju, co zbiegło się z jej 90. urodzinami. Piękny wiek, okazja też nie byle jaka, więc ze strony czwórki jej dzieci będących na miejscu padł pomysł: "zróbmy imprezę". Jak dla mnie pomysł był naprawdę fajny bo dawał niecodzienną możliwość spotkania się i świętowania w całkiem sporym gronie, jednak droga od pomysłu do realizacji stała się małym polem minowym. Dość szybko okazało się, że przygotowanie imprezy wymaga (kto by się spodziewał?!) rozmowy, porozumienia, zaangażowania i - jakżeby inaczej kasy. I tu pojawił się zonk. Nikt z czwórki nie pomyślał, że dobrze byłoby się spotkać i ustalić chociażby to, gdzie i kiedy zorganizować przyjęcie, jak miałoby ono wyglądać, czy w jakiej kwocie (oczywiście składkowej) się zamykać. Nikt nie pomyślał o podziale zadań typu rezerwacja sali, zamówienie tortu, kwiatów czy kupno prezentu. Wszystko zostało w sferze "można by było...." pewnie z cichą nadzieją, że "samo się zrobi". W tym wszystkim stety albo i niestety jestem zadaniowcem i szlag mnie trafiał jak obserwowałam sytuację. Wykonałam parę ruchów organizacyjnych - zaklepałam datę i miejsce, powiadomiłam łaskawie stworzoną przez "organizatorów" listę gości. Wszystko fajnie, aż przyszło do kosztów: dwójka z czwórki zaczęła sypać tekstami w stylu: "bo mnie nie stać", "5 - o letniego dziecka można nawet nie liczyć bo mało je i mama może je nakarmić na kolanach", "ja jadę na wczasy więc tyle nie dam", "można by było zrobić taniej"... W kontrze była za to zawrotna kwota 120 peelenów za osobę i menu jak na małe wesele, plus oczywiście alkohol - wszystko na życzenie najbardziej zainteresowanych. I to był ten moment w którym pokazałam pazurki. Z reguły grzeczna wobec starszych, bo tak wypada, z pianą oświadczyłam, że nie będę brać udziału w farsie. Odwołam restaurację, a towarzystwo po kosztach może sobie zrobić grilla na ogródku. Ewentualnie zorganizować coś samemu. No umówmy się: nigdy nie robili takiej imprezy, okazja jest wyjątkowa, a jak chce się zabłysnąć to pociąga to za sobą jakiś koszt.  Efekt był taki, że nadąsane dzioby niechętnie się zamknęły, chociaż w ich oczach widziałam głęboką urazę majestatu. Do tortu, kwiatów i prezentu "od dzieci" już nie przyłożyłam ręki, żeby dodatkowo nie szarpać sobie nerwów. Ogarnęłam za to kwiaty i prezent "od wnuków" - nie licząc jednej z kuzynek, która dobrowolnie się włączyła i genialnie stanęła na wysokości zadania - mogę spokojnie powiedzieć, że reszta to takie same lamy jak starszyzna. 
     Koniec końców urodziny się udały się świetnie. Oprawa wieczoru wszystkim przypadła do gustu, babcia się wzruszyła, prezenty zostały trafione. Mimo, że nad stołami latały w moją stronę urażone spojrzenia, których właściciele niekoniecznie zaszczycali mnie luźną gadką o niczym, wszyscy uśmiechali się do zdjęć. Dopiero kiedy je dostałam, zauważyłam, że... na części z nich stoję z boku. Póki co nie zamierzam się z nich odcinać, ale wiem, że jeśli jeszcze kiedyś trafi się podobny zjazd, nie wezmę się za żadną organizację. No, może zamówię kwiaty...
P.S. Zdjęcie pochodzi z filmu pt. "Kołysanka". Polecam! 


niedziela, 5 sierpnia 2018

     Widziałam się ostatnio z Marcinem. Prawdę mówiąc jeszcze dzień przed wyjazdem zastanawiałam się czy na pewno ruszać tyłek z domu  w ponad trzydziestostopniowy upał, dodatkowo osłabiona tygodniową dietą złożoną głównie z wafli ryżowych i wody, ale koniec końców uznałam, że niech się dzieje co chce - jadę. Dawno go już nie widziałam  i miałam ochotę przede wszystkim pobyć blisko niego i porozmawiać na żywo słuchając jego głosu, zamiast pisać sms-y lub wiadomości przez Messenger. Miałam ochotę położyć mu głowę na kolanach i patrzeć na niego, kiedy będzie do mnie mówił uśmiechając się. Ot, takie małe proste rzeczy. Poza tym jakiś czas temu kolejny raz zgodziliśmy się, że chcemy widywać się częściej i w końcu regularnie, a teraz miałam zacząć wprowadzać ten consensus w życie i nie bardzo chciałam z tego rezygnować z powodu upału czy głupiej choroby. Tak naprawdę już kiedyś przerabialiśmy temat częstszych i bardziej regularnych spotkań ale wtedy nic z tego nie wyszło, więc teraz wolałam nie odpuszczać w myśl zasady, że "jeśli chcesz to znajdziesz sposób, a jeśli nie chcesz to znajdziesz powód". Sama siebie mentalnie kopnęłam w tyłek myśląc, że przecież chcę. W głowie miałam też moje łąki nad Odrą, na które chciałam się wybrać. Za każdym razem kiedy o nich myślę, to pojawia mi się w głowie szybkie skojarzenie - zdjęcia. Robił je Marcin. Nie żadne profesjonalne ale trzeba było trochę połazić po okolicy, żeby udało się znaleźć odpowiednie miejsce. Soczyście zielone od traw i liści na gałęziach drzew i krzaków, z dobrym światłem miało stanowić tło dla mojej jasnej skóry. W końcu udało się je znaleźć. Prawdę mówiąc my znaleźliśmy miejsce, a komary znalazły mnie. Wcześniej chyba tylko raz w życiu miałam tak strasznie pogryziony tyłek - na wakacjach z dziadkami w Kołobrzegu, kiedy miałam sześć lat. Tym razem dla odmiany dobrowolnie zostałam pożywką dla bzyczących krwiopijców ale  przyznaję, że efekt był całkiem niezły. Faktycznie jasna skóra na tle takiej zieleni wypadła interesująco... 
     Już na miejscu zostałam wzięta trochę z zaskoczenia - okazało się, że tym razem nie jedziemy na łąki ale za miasto. W sumie fajnie i niefajnie. Ciekawość nowego miejsca zmieszała się z lekkim żalem za tym co znane, mimo, że dostałam obietnicę łąk i lasów nawet w nowym miejscu. Okazało się, że jedziemy na Ślężę. Do tej pory mnie tam jeszcze nie było, za to z tego co mówi Marcin jest to miejsce, które go w jakiś tajemniczy sposób bardzo mocno przyciąga. Do tego stopnia, że potrafi po pracy wsiąść na motocykl i po prostu tam pojechać żeby odpocząć, pomyśleć i pobyć sam ze sobą. Niby taka mała rzecz, a sprawił mi przyjemność samym stwierdzeniem, że chce mi pokazać "swoje miejsce". Niestety nie zawsze jestem pewna naszej relacji, ale za to miałam ochotę go... oj, dużo rzeczy przychodzi mi na myśl! Samo miejsce kupiło mnie w sekundę. Co prawda nie poczułam tam nic trudnego do wyjaśnienia ani nie powaliła mnie żadna niewyjaśniona siła, za to widok zaparł dech. Absolutnie uwielbiam takie miejsca. Trafiliśmy na łąkę otoczoną z dwóch stron lasem. Za sobą mieliśmy górę, przed sobą pola i łąki. Piękne jak z obrazka. Cisza taka, że słychać było strząsane przez wiatr i spadające z drzew drobne gałązki. Radość ze spotkania i możliwości bycia obok siebie. Gorące powietrze, jednoznacznie wymieniane spojrzenia i uśmiechy. Wokół zieleń, moja jasna skóra na kocu i aparat w jego plecaku.

środa, 1 sierpnia 2018

     Kilka dni temu przypadkiem miałam przyjemność poznać pewnego człowieka, który zrobił na mnie niemałe i szalenie pozytywne wrażenie. Spotkaliśmy się w pociągu do Wro. Tym razem ludzi było wyjątkowo jak mrówek - nawet biorąc poprawkę na sobotę w środku wakacji. Pan - celowo i przez szacunek nie piszę "facet", siedział sam, więc po prostu się dosiadłam korzystając w wolnego miejsca zadowolona, że nie muszę dalej szukać. Wyciągnęłam książkę ("Pionek" - z gatunku kryminału etnograficznego - jeszcze nie skończyłam, ale dobrze się czyta więc już teraz polecam) i zaczęłam czytać coraz bardziej wkręcając się w śląskie klimaty lat 80 - tych i współczesnych. Po jakimś czasie chcąc nie chcąc kątem oka zauważyłam, że Pan coś kombinuje: sprawdza działanie podnóżka, a potem tej tacki zamontowanej na oparciu każdego z foteli. Wyrwałam się na chwilę z Bytomia i podpowiedziałam mu co i jak działa. Uśmiechnął się, podziękował i od słowa do słowa zaczęliśmy rozmawiać. Właściwie, jak sam pod koniec stwierdził, to głównie on mówił, ale przyznaję, że wyjątkowo przyjemnie się go słuchało. Zaczął od opowiadania o miłości: o żonie, z którą niedawno świętowali 60. rocznicę ślubu (!!!) i o koleżance, którą zostawił tuż przed maturą dla innej, czego do dzisiaj żałuje wspominając, jak tamta ciężko to zniosła. Mówił o dzieciach - synu, który nie bardzo lubi czytać i o córce, która mieszka w Niemczech, pod granicą z Holandią. Później o wnuczkach, które tez mieszkają w Niemczech i mają już swoich synów - a jego prawnuków. I o tym, że chciałby jeszcze mieć prawnuczkę bo uwielbia dziewczynki i ciągle namawia dziewczyny do powiększenia rodziny, ale jak narazie nic z tego namawiania nie wychodzi. Trochę podpytywał też o mnie, chociaż już po krótkiej rozmowie zauważył, że jestem sama. Przez moment zastanawiałam się, po czym się zorientował. Dzięki doświadczeniu? Obserwacji? Braku obrączki na palcu? A może po spojrzeniu, kiedy opowiadał o swoim udanym małżeństwie? Tak czy owak powiedział bardzo prostą rzecz - że życzy mi dobrego mężczyzny bo wyglądam na taką, która na to zasługuje. Niby takie proste nic usłyszane od obcego, starszego człowieka, a sprawiło, że w środku zrobiło mi się ciepło. Szalenie miło i ciepło. I sama sobie życzę, żeby to co powiedział, zwyczajnie się spełniło. Pan opowiadał dalej - że jedzie na ślub swojego chrześniaka, ale sam, bo żona nie czuła się najlepiej (w tej chwili tylko czekałam, aż zapyta dokąd się wybieram i w głowie odpowiadałam: do Marcina... ). Przeszliśmy też przez tematy szkoły, literatury (oboje lubimy kryminały!) i pracy. Na koniec Pan - cały czas go tak nazywam bo nie znam jego imienia - przyznał się, że nie interesuje się za bardzo polityką i zaznaczył, że nie jest za PIS -em (mówiłam już, że to fantastyczny człowiek?), a czasami jak już coś usłyszy, to przelewa to na papier w formie wierszy. Jeden miał nawet wydrukowany ze sobą, żeby nim lekko dopiec matce przyszłego Pana Młodego, a swojej siostrze. Ja dla jasności od polityki trzymam się jak najdalej ale po przeczytaniu tego, co napisał aż zapytałam, czy mogę sobie zrobić zdjęcie. Całość była świetna! W tej chwili Pan zaskoczył mnie jeszcze raz i dostałam od Niego tę kartkę na własność. Zbliżaliśmy się do Nowego Dworu - stacji na której wysiadał. Zebrał swoje rzeczy i pożegnał się pocałunkiem w rękę. Normalnie nie przepadam za tym gestem - mierzi mnie w wykonaniu zdecydowanej części mężczyzn, natomiast tutaj to było takie dopełnienie całości. Fantastyczny człowiek, fantastyczne spotkanie... Oby więcej takich na co dzień!



poniedziałek, 30 lipca 2018

     To co dobre, szybko się kończy... Nawet jeśli jest to tylko kilkudniowa przerwa w robocie spowodowana nieoczekiwanym L4. Ostatnio nie wspominałam, ale właśnie tak skończył się wyjazd do Jeleniej Góry. Początkowe założenie było proste: jedziemy w babskim gronie, tj. z mamą i Marzeną po dokumenty, odbieramy je, sprawnie i szybko załatwiamy sprawy maklerskie (niestety niedotyczące obrzydliwie grubej forsy), a później idziemy pobuszować po sklepach (wiadomo: letnie wyprzedaże, gdzie można upolować fajne ciuchy za psie pieniądze to coś, co duże dziewczynki zawsze wpiszą w top 10 ulubionych rzeczy). Dość szybko okazało się jednak, że założenia swoją drogą, a rzeczywistość ma się do nich różnie - czasami wręcz kapryśnie. Jeszcze zanim dotarłyśmy do maklera, miałam wrażenie, że zejdę. Kombinacja duszności, uderzeń gorąca, fal mdłości i uczucia szpil wbijanych raz po raz prosto w żołądek była jak dla mnie zaskakującą nowością, przez którą ledwo człapałam nogami w upale. Nawiasem mówiąc na miejscu wcale nie było lepiej - facet opowiadał o wszystkich operacjach, które musi wykonać, drukował niekończące się ilości dokumentów, które później trzeba było oczywiście podpisać, a ja tęsknie zerkałam  w stronę miękkiej kanapy ustawionej w poczekalni przy drzwiach wychodzących na zewnątrz. Na szczęście załatwiana sprawa nie była moja, więc w końcu się poddałam i wyszłam łapiąc powietrze mniej więcej tak, jak wyciągnięty z wody karp na moment przed bezlitosnym walnięciem go w łeb. No nic to. Posiedziałam, pooddychałam i trzeba było się ruszyć dalej. Oczywiście towarzystwo ciągle było nastawione na shopping, chociaż ja dałabym królestwo za zdolność teleportacji do domu. - Patrz, tam jest Rossmann. Kup sobie colę - na takie jazdy z żołądkiem zawsze pomaga - rzuciła chyba Marzena. No dobra, pomyślałam, że jak ma pomóc, to wypiję nawet i colę chociaż ani za nią szczególnie nie przepadam, ani nie mam na nią najmniejszej ochoty. Żeby było śmiesznie, stojąc już w kolejce z moim "lekarstwem" w ręce, znowu myślałam że padnę. Zapach całej chemii spiętrzonej na półkach wywołał mega falę mdłości i jestem gotowa się założyć, że w tamtej chwili zmieniałam kolory twarzy jak kameleon - od bladej jak papier przez zieloną po fiolet. Tak czy siak, wlałam w siebie trochę tego świństwa i za jakiś czas uznałam, że chyba faktycznie pomogło - przynajmniej na tyle, żeby w miarę spokojnie i bez ekscesów dojechać do Sudeckiej. Tam czekała na mnie kolejna kanapa, którą okupowałam dobrą godzinę w czasie, kiedy dziewczyny buszowały między wieszakami. Z tego wszystkiego zaczęłam się nawet zastanawiać, jak taka sytuacja wygląda z męskiego punktu widzenia - kiedy kobieta idzie na zakupy, a facet niezainteresowany taką formą rozrywki czeka na nią przed sklepem, albo co gorsza, pod przymierzalnią. No właśnie. Myślę, że wybierając opcje, czekanie na zewnątrz jest dla faceta lepsze. Biedak może zawsze wykorzystać okazję i skoczyć do sklepu z elektroniką albo usiąść na kawie i mniej lub bardziej dyskretnie pooglądać się za innymi (od Was samych wiem Panowie, że to robicie). Niestety siedzenie pod przymierzalnią nie daje takich możliwości, a najczęściej zmusza do odpowiadania na pytania "ta czy tamta niebieska?" albo "nie wyglądam w tym grubo?" - chociaż najczęściej same znamy odpowiedzi, zanim facet zdąży się odezwać... Czasami przy odrobinie szczęścia można zostać zaproszonym do kabiny w celu zapięcia suwaka od sukienki ale szybki numerek w przymierzalni to już jak wygrana w totka...
     Wyrwałam się z pokręconego myślenia, kiedy okazało się, że możemy wracać. Jeszcze ok. półtorej godziny drogi z gorączką, a na deser wizyta u lekarza i diagnoza zatrucie, skutkująca zwolnieniem i tygodniową dietą składającą się głównie z wafli ryżowych. Na szczęście już wróciłam do żywych.

niedziela, 29 lipca 2018

     Rozgadałam się ostatnio o paszporcie, a on już od kilku dni leży na półce i pachnie jeszcze farbą drukarską. Chociaż... jakby się zastanowić to słowo "pachnie" może nie jest tu najbardziej trafne. Pachną nowe książki - takie, które niedawno trafiły do księgarń, a teraz leżą na półkach i czekają, aż ktoś je weźmie do ręki, przeczyta opisy na tyłach okładek i w końcu przekartkuje, wdychając charakterystyczną mieszankę zapachów farby i papieru. Dokument jest po prostu nowy i w jego kartkowaniu póki co nie ma absolutnie żadnej magii. Jedna rzecz, która mnie w tej imprezie szczerze zaskoczyła, to to, że jego odebranie zajęło dosłownie chwilę, chociaż byłam przygotowana na co najmniej godzinne siedzenie w kolejce wśród wymownego narzekania innych. Mam na myśli te rzucane niby w przestrzeń, niby do pozostałych udręczone teksty w stylu: "Ile można tu siedzieć?", "Długo jeszcze?", "A może w końcu łaskawie otworzą jeszcze jedno okienko?". Osobiście nie lubię takiego męczenia buły i mam w głowie kilka gotowych, niestety mało uprzejmych odpowiedzi. A więc jeszcze raz: - "Ile można tu siedzieć?" - "Tyle, ile trzeba. Zawsze można było ruszyć dupsko w lutym - wtedy kolejka na bank była mniejsza niż w środku sezonu urlopowego". - "Długo jeszcze?" - "Długo. Popatrz człowieku na ogon przed sobą (a jak masz jeszcze pytania to... zawsze można było ruszyć dupsko w lutym - wtedy kolejka na bank była mniejsza niż w środku sezonu urlopowego...". - "A może w końcu łaskawie otworzą jeszcze jedno okienko?" - "A może nie? Po prostu siedź  i czekaj jak wszyscy (a jak się nie podoba to... no wiadomo co można - np. przyjść w lutym ;))". Żeby było jasne - w tej sytuacji to wcale nie jest tak, że jestem z natury jakaś wredna. Raczej obserwuję otoczenie i wyciągam wnioski - nawet, a może w szczególności, na własnym przykładzie. Przecież doskonale pamiętam, jak nie raz i nie dwa sama sobie obiecywałam, że zajmę się jakąś sprawą wcześniej niż za przysłowiowe pięć dwunasta. Najpierw w głowie świtała mi ta genialna myśl, a później pojawiało się postanowienie, że tym razem zadziałam z wyprzedzeniem i dla odmiany - nie czekając na ostatnią chwilę. Fakt faktem, parę razy się udało i miałam względny spokój w temacie, natomiast wiem też, ile razy skończyło się... że tak powiem tradycyjnie i w myśl zasady: "miało być inaczej, wyszło jak zwykle". Nawet zaczęłam się już łapać na tym, że chyba lubię ten moment adrenaliny. Zdążę - nie zdążę. Uda się - nie uda. Przebiegnę pół miasta w dwadzieścia minut czy będę siedzieć trzy godziny na dworcu? Załatwię sprawę od razu czy będę musiała kombinować jak koń pod górę żeby w Mordorze Krzysztof nie urwał mi nóg przy samej... szyi? Póki co, nauczona doświadczeniem i uzbrojona w dobrą książkę,  siedzę cicho w urzędowych kolejkach, a nad resztą powoli - bardzo powoli - pracuję.

niedziela, 22 lipca 2018

     Gdybym miała krótko opisać ostatni czas w Mordorze, to mogę go spokojnie nazwać Karuzelą Totalnego Spierdolenia, która  ruszyła jakieś cztery miesiące temu i do dziś regularnie nabierała prędkości. Na początku zupełnie niewinnie pojawiły się problemy kadrowe - z sześciu osób, które znały system i specyfikę pracy jedna zaszła w ciążę (co wymiksowało ją z obiegu na przynajmniej dwa lata), a druga dała nogę do innego działu (równoznaczne z wymiksowana na zawsze). Ekipa skurczyła się do czterech sztuk. No dobrze, konkretnie do trzech i pół, bo rok pracy to stanowczo za mało, żeby ktoś ogarnął trudniejsze sprawy, a jednocześnie zdecydowanie za dużo, żeby powiedzieć, że nie wie nic. Oczywiście w związku z tym zaplanowanej pracy i "gratisów" dziwnym trafem nie ubyło... I tutaj pojawił się kolejny absurd. Gratisy, zamiast być dzielone na trzy i pół, tak, żeby mniej więcej wyrównać natężenie zapieprzu, zostały praktycznie podzielone na... dwa. Wyglądało to mniej więcej tak, że wychodziłam z biura - oczywiście służbowo, bo o innych wyjściach, chociażby po bułę  i butelkę wody do spożywczaka na przeciwko można było tylko pomarzyć - a wracając po kilku godzinach znajdowałam na biurku list miłosny od kierownika działu z kolejnymi rzeczami do zrobienia - najlepiej na wczoraj. Olka była w dupie tego samego kalibru, więc w miarę możliwości po cichu upuszczałyśmy sobie nawzajem po trochę frustracji zarówno na kierownika jak i pozostałe dziewczyny. Dobra, może to nieładne, niekoleżeńskie i nie- jakieś tam jeszcze ale z reguły tak to właśnie wygląda. Ten co ma lepiej nie zainteresuje się tym, że ktoś inny zapieprza, żeby ogarnąć to, co już miał w planie i to co dostał ekstra. Mało tego - uprzywilejowany nie raz    i nie dwa sam jeszcze jęczy i stęka, że potrzebuje pomocy bo ma "brudne sprawy". Z kolei zapieprzający jest coraz bardziej zmęczony, zirytowany i wkurwiony. Ja na pewno tak mam. Pewnie, że wolałabym na luzie przyjść do roboty, wstawić wodę na kawę (której zresztą od dawna nie piję na ciepło bo zwyczajnie nie mam na to czasu), pośmiać się i plotkować chwilę z dziewczynami. Zamiast tego przychodzę jak za karę, rozkładam milion papierów na całym biurku i chcę mieć tylko święty spokój, żeby zdążyć jak najwięcej zrobić nie doprowadzając przy tym do jakiejś katastrofy. A jak po chwili słyszę coś w stylu "Confusion... mam taką sprawę" z ust kogoś innego niż Olki, to mam ochotę odpowiedzieć spierdalaj.
     Na szczęście jutro mam wolny dzień i w związku z tym jadę do Jeleniej Góry odebrać nowy, jeszcze ciepły paszport. Swoją drogą to kolejny słaby punkt systemu - żeby przeciętny Kowalski, który nie mieszka w większym mieście, mógł sobie wyrobić taki dokument, musi zapierniczać 70 km, oczywiście najczęściej  w godzinach własnej pracy, bo np. w powiecie nie idzie tego zrobić. Żeby była jasność w temacie, uważam, że owszem, mamy za dużo biurokracji ale oddziały wyrabiania dokumentów powinny być bardziej dostępne. Zamiast tego można by spokojnie ograniczyć ilość urzędowych pism wysyłanych w postępowaniu do Kowalskiego i zdecydowanie poprawić przepływ informacji - połowę tradycyjnej papierowej korespondencji można by było zastąpić pocztą elektroniczną. Dlaczego się mądrzę? Bo Mordor jest instytucją państwową i z punktu widzenia trybika wiem jak działa.

     Po szaleństwie związanym z babcinymi urodzinami, weekendowymi odwiedzinami rodziny (z innej, dla równowagi zdrowej gałęzi) i kilku zar...